Recenzje

02.12.2021 13:46

Resident Evil: Witajcie w Raccoon City – recenzja. Przyjemny reboot, ale nie bez wad

Filmy i seriale
27
2
2
27
2

Resident Evil: Witajcie w Raccoon City to kolejny film na podstawie tej kultowej serii gier video i choć ciężko w to uwierzyć, ale tym razem nie odpowiada za niego Paul W.S. Anderson. Jak wypada ten reboot od Johannesa Robertsa?

Nie ukrywam, że mocno ucieszyłem się na wieść od Sony, iż zamierzają oni w końcu odświeżyć filmowe uniwersum Resident Evil. Produkcje z Millą Jovovich w roli głównej wprawdzie były dalekie od ideału i choć stanowią one moje guilty pleasure, to nie będę udawał, że taki reboot nie był konieczny. Witajcie w Raccoon City miał być listem miłosnym do fanów serii i pod pewnymi względami jest, nawet jeśli momentami nabazgrany na kolanie i z kilkoma błędami ortograficznymi.

Resident Evil: Witajcie w Raccoon City, czyli powrót do pierwszych części cyklu

Resident Evil: Witajcie w Raccoon City dość wiernie adaptuje historię z pierwszych dwóch odsłon cyklu, choć nie zabrakło kilku zmian i nowych elementów, które zaskakująco dobrze zostały wplecione w całokształt. Akcja rozgrywa się we wrześniu 1998 roku w tytułowym Raccoon City, które nie tylko nagle opustoszało, ale też dzieją się w nim przedziwne rzeczy. Wszystko to ma związek z pewnym farmaceutycznym gigantem, czyli korporacją Umbrella, która to postanowiła się przenieść, pozostawiając miasto na pastwę losu. 

resident evil film
Resident Evil: Witajcie w Raccoon City adaptuje pierwsze dwie części gier

Sprawdź też: Resident Evil 4 – remake nadchodzi? Wyciekła grafika koncepcyjna

Film otwiera scena z dzieciństwa rodzeństwa Redfieldów, którzy po śmierci ich rodziców, trafili w ręce naukowców z wyżej wymienionej firmy. Ten nieco przydługi wstęp ma za zadanie przedstawić widzowi, że z Raccoon City jest coś nie tak i z dwójki dzieciaków, to młoda Claire (Kaya Scodelario)  też to zauważyła, co spowodowało, że stamtąd uciekła. Po kilku latach jednak postanawia wrócić i rozwiązać tę sprawę, jednocześnie starając się przekonać swojego brata, że Umbrella to czyste zło.

Chwilę później akcja dzieli się na dwie części i opowiadana jest w tandemie. Jedna skupia się na postaciach Chrisa Redfielda (Robbie Amell), Jill Valentine (Hannah John-Kamen), Alberta Weskera (Tom Hooper)  oraz Richarda Aikena (Chad Rook), którzy otrzymali zgłoszenie o znalezieniu martwego ciała i tym sposobem trafiają do willi Spencera, założyciela tej tajemniczej korporacji. 

Claire natomiast pozostała w Raccoon City, gdzie wraz z Leonem S. Kennedym (Ava Jogia) i Brianem Ironsem (Donal Logue) starają się przeżyć w tym mieście pełnym zmutowanych ludzi. Obydwie drogi ostatecznie prowadzą do “ojczyma” Redfieldów, naukowca Williama Birkina (Neal McDonough), który odgrywa bardzo istotną rolę w całej tej konspiracji. 

W odróżnieniu od filmów Paula W.S. Andersona, dzieło Robertsa blisko trzyma się wydarzeń, które miały miejsce w grach z 1996 i 1998 roku. Momentami wkrada się malutki chaos, ale produkcja regularnie stara się wyjaśniać poszczególne wątki, aby to mniej wtajemniczony widz czuł się mniej zagubiony. Dodatkowo twórca nie bał się dorzucić “czegoś swojego”, w tym, chociażby zakończenia, które nie tylko nastawia na kolejną część, ale też jest zgoła odmienne od oryginału.

resident evil filmy o zombie
Makabryczne kreacje zmutowanych mieszkańców Raccoon City potraifą nie tylko przerazić, ale też zachwycić oko


Mieszkańcy Raccoon City – jak poradziła sobie obsada?

W obsadzie najnowszego filmu z uniwersum Resident Evil znajduje się sporo nazwisk, które na pewno są znane wielbicielom seriali. Jak już wcześniej zostało wspomniane, w rolę rodzeństwa Redfieldów wcielają się Kaya Scodelario (znana m.in z serii Więzień labiryntu czy Skins) oraz Robbie Amell (The Flash, Code 8)

Jill została sportretowana przez Hannah John-Kamen, aktorkę znaną na przykład z ostatniego Tomb Raidera czy też Ant-Mana i Osy, a Alberta Weskera odgrywa Tom Hopper, facet, którego twarz może kojarzyć się z The Umbrella Academy lub Grą o Tron. Świeżakiem w ekipie policyjnej, czyli Leonem S. Kennedym stał się Avan Jogia (Zombieland, Victoria znaczy zwycięstwo), a szefem Ironsem był Donal Logue (rewelacyjny Bullock w Gotham, poza tym znany też z Synów Anarchii czy Wikingów). Antagonistą filmu jest William Birkin – w tej roli Neal McDonough, gość, który ma smykałkę do odgrywania niemilców (Arrow, Yellowstone, Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie i wiele innych).

Oczywiście nie jest to aktorska topka, jednakże obsada bardzo dobrze poradziła sobie z powierzonym im zadaniem, czyli przeniesieniem charakterów postaci znanych z gier na potrzeby filmu. Taka Claire czy Chris są dosłownie jakby wyjęci z oryginalnych części Resident Evil. Bardzo pozytywne wrażenie zrobili na mnie także Jill i Wesker, nawet jeżeli większość ich kwestii wyglądała w stylu “co to kur*a jest”, “skąd to się wzięło?”, “co się z nimi dzieje?”. Świetnie było znów widzieć Logue’a w roli oficera policji – uwielbiałem jego rolę w Gotham, a tu wypadł niemalże identycznie. 

Niestety mocno nie zagrała mi postać Leona, choć nie jest to bezpośrednio wina aktora, który świetnie poradził sobie z powierzoną mu rolą. Problemem było to, jak rozpisano tego bohatera, który przez cały okres trwania filmu robi z siebie pośmiewisko. Owszem, na początku Resident Evil 2 Kennedy faktycznie był świeżakiem, ale nie był totalną ciamajdą, przynajmniej nie na taką skalę. Pod koniec już było trochę lepiej i trzeba mieć nadzieję, że w potencjalnej kontynuacji scenarzyści odkupią swoje winy. 

Należy pamiętać z jakiego rodzaju produkcją ma się tu do czynienia. Nie jest to ambitne kino pokroju Lighthouse, a najzwyklejszy horror z kina klasy B. Aktorzy bardzo dobrze sprawdzili się w swoich rolach, pomimo braku większej głębi w postaciach przez nich odgrywanych. Nie sprawiają wrażenia kartonowych, czuć w nich człowieczeństwo oraz można ich w pewien sposób darzyć sympatią.

Miód dla uszu i oczu – udźwiękowienie i klimat w Resident Evil: Witajcie w Raccoon City

To, co moim zdaniem najlepiej zagrało w Resident Evil: Witajcie  Raccoon City, to jego klimat! Roberts perfekcyjnie ujął to, co najlepsze w serii.Na każdym kroku stara się udobruchać fanów przeróżnymi odniesieniami do gier, w ten sposób wielbiciele marki poczują się jak w domu, kiedy ujrzą np. sierociniec z Raccoon City, na ekranie pojawi się pies Zombie, albo gdy Jill weźmie gryza kanapki. Ogólnie odwzorowanie miejsc znanych z oryginału zasługuje na pochwałę, to samo tyczy się kostiumów bohaterów. Ten film naprawdę wygląda jak Resident Evil i widać, że reżyser faktycznie rozumie ten temat. 

Obojętnie nie można przejść także wobec ścieżki dźwiękowej, która jest rewelacyjna! Poza kilkoma utworami, przez które weteranom zrobi się cieplutko na serduchu, to udźwiękowienie naprawdę jest miodem na uszy. Kompozytorzy wykonali kawał świetnej roboty, tworząc muzykę, która tylko pogłębia poczucie tajemniczości i mroku, która towarzyszy przez cały film. 

Ciężko też coś zarzucić efektom specjalnym, bo CGi wypada naprawdę dobrze, szczególnie jak na tego typu produkcję. Kreacje tych bardziej zdeformowanych kreatur w pewien chory sposób cieszyły moje oko. Taka kreacja Lisy Trevor, paskudny Licker czy coraz to kolejne stopnie transformacji Tyranta wypadły naprawdę bardzo solidnie i w miarę “autentycznie”. 

resident evil premiera
Obsada w nowym Residencie naprawdę daje radę – kojarzycie tych aktorów?

Sprawdź też: Filmy Resident Evil – jak oglądać filmy na podstawie gier Resident Evil?

Nie taki Tyrant straszny – dosłownie. Problemy z tempem i narracją

Niestety nie wszystko było takie kolorowe, choć bogata paleta barw raczej nie służy horrorom. Odkładając żarty na bok, to film ma wielki problem ze zrównoważeniem tempa oraz narracją opowieści. Pierwszy akt jest bardzo rozwlekły i nagle mocno zaczyna się dłużyć. Dało się to wybaczyć ze względu na świetnie budowane napięcie oraz typowe dla horrorów podejście do tematu. Jednakże w momencie, kiedy tylko akcja się rozkręci, to robi to na dobre i Resident Evil: Witajcie w Raccoon City momentalnie staje się bardziej typowym akcyjniakiem, który nawet nie próbuje już przerazić widza w żaden sposób.

Mocno liczyłem, że zostanie to zrównoważone w finałowym akcie, ale niestety tak, jak początek jest nieco ślamazarny, tak końcówka wydaje się, jakby była ucięta w połowie i pozostawia sporo niesmaku. Film trwa zaledwie 107 minut i wydłużenie go nawet o 20 minut byłoby dla niego bardzo korzystne. Po seansie wydawało mi się, że nie wszystko zostało do końca wyjaśnione, a niektóre momenty zostały aż na siłę mocno przyspieszone. Szkoda, bo po całkiem porządnie zbudowanej bazie, nagle cały czar pryska.

Podsumowanie. Idealny średniak klasy B? Na to wygląda

Resident Evill: Witajcie w Raccoon City to perfekcyjny przykład średniaka z kina klasy B. W żaden sposób nie zachwyca, ale też nie jest to dzieło, którego nie da się oglądać. Johannes Roberts świetnie poradził sobie z przerzuceniem materiału źródłowego, jakim są kultowe dwie pierwsze części gry, na wielki ekran, rewelacyjnie oddając klimat produkcji, jednocześnie zawalając sprawę pod względem narracji, bo po iście horrorowym początku, za mocno skupiono się na aspekcie akcji. Biorąc pod uwagę zainteresowanie tym filmem, to już można spodziewać się kontynuacji, szczególnie że zakończenie mocno na nią nastawia widza. Summa summarum otrzymaliśmy całkiem solidny reboot kinowego uniwersum Resident Evil, który pomimo niedoskonałości jest całkiem solidnym seansem. 

resident evil

Podsumowanie:
Resident Evil: Witajcie w Raccoon City to dość udana próba odświeżenia kinowego uniwersum tej kultowej serii. Produkcji Robertsa daleko jest do ideału, jednakże pomimo poważnego problemu z narracją, to dalej kawał przyjemnego kina, szczególnie dla fanów oryginalnych gier. Rewelacyjny klimat i miód dla uszu, ale też niewykorzystany potencjał pod wieloma względami.

OCENA: 6/10

Źródło zdjęć: Materiały prasowe

27
2

Podziel się:

Komentarze (2)

Ścieżka jest ciekawa jednakże coś poszło nie tak w post produkcji, nadmiarne używanie Openingu jest błędem. W pewien sposób robi się nudny i zakłóca odbiór całokształtu obrazu, ma swój klimat ale nadużywanie jego wyszło na minus.

Najbardziej podobało mi się w filmie zwięzłe połączenie horroru z elementami humoru polegającymi na ciągłym puszczaniem oka dla fanów serii. Patrząc na film w kinie świetnie bawiłem się obserwując jak twórcy filmu podeszli do kreowania odmienionej fabuły gry. Mocnym elementem były niesztampowe sylwetki zakażonych. Zastanawia mnie jaki ten film jest w odbiorze dla osób które nie znają uniwersum. Zgadzam się , że film mógł być dłuższy chociaż nie przeszkadzało mi zmiękczenie bohaterów płci męskiej na czele z Leonem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.